Recenzje
Styczeń 2017
Książka: "Lodowy smok"

Georg R. R. Martin
Przeł. Michał Jakuszewski
Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań
WIEK: 10+

lodowy-smokBohaterką jest Adara. Ta mała dziewczynka miała jasną skórę, blond włosy, duże jasnoniebieskie oczy. Rzadko uśmiechała się i nie płakała. Mieszkała z ojcem, siostrą i bratem. Jej mama nie żyła. Urodziła się podczas bardzo mroźnej zimy. Toteż ta pora roku była jej ulubioną. Nie mogła doczekać się, kiedy mróz skuje ziemię, a śnieg otuli przyrodę. Zimą całymi dniami budowała zamki ze śniegu i czekała na swojego przyjaciela, czyli lodowego smoka. Ludzie uważali go za straszliwą bestię niosącą zagrożenie. Tylko Adara nie czuła strachu, bo przecież była zimowym dzieckiem. Pewnego razu rodzina dziewczynki znalazła się w ogromnym niebezpieczeństwie. Zagrożenie przyszło ze strony ognistych smoków, które zionąc ogniem obracały w popiół wszystko, co znalazło się na ich drodze. Wydawać się mogło, że ratunek znikąd nie nadejdzie. Wtedy to Adara i lodowy smok, który ją kochał, ocalili świat przed zniszczeniem. Ta powieść fantasy opowiada o odwadze, miłości, poświęceniu.

 

 

 

 

Płyta: "T. Love"

Wykonawca: T. Love
Wytwórnia: Warner Music Poland
Data wydania: 2016
Gatunek: Rock
Czas trwania: 48:18
Autor recenzji: Bartosz Pacuła www.musictothepeople.pl

t-love[…]
Niedziela, 4 grudnia, Kraków. Przed chwilą zajrzałem na backstage, ale Muńka tam nie znalazłem […]. Krążę więc po obszernych pomieszczeniach Fortów Kleparz, rozglądając się za człowiekiem, którego głos towarzyszy nam wszystkim od tylu lat. W końcu natrafiłem na niego w strefie autografów: stał tam, bez wytchnienia podpisując kolejne płyty. Podchodzę do niego i kładę przed nim winylową wersję „T.Love”. Na białej okładce pojawiają się smoliście czarne litery: „Dla Bartka, Muniek, T. Love”.
Muniek, chociaż tego nie wiedział, złożył podpis na płycie, która towarzyszyła mi przez cały miesiąc. Wracałem do niej natrętnie, będąc zahipnotyzowanym świeżością materiału zaprezentowanego przez T. Love. Pierwszego studyjnego od czterech lat, warto dodać. Nie był to na szczęście czas stracony: powstało bowiem dzieło równe, przemyślane i zdecydowanie wysokiej próby. Znalazło się na nim miejsce i na radiowe hity („Pielgrzym”), i wielkie zaskoczenia („Niewierny patrzy na krzyż”), i na piosenki z „muńkowym” feelingiem („Warszawa Gdańska…”). Jednocześnie T. Love, choć prezentuje odnowione podejście do materii muzyki rockowej, pozostaje tym samym „starym, dobrym T. Love”, do jakiego zdążyliśmy się wszyscy przyzwyczaić.
Jednak najbardziej na „T. Love” przypadła mi do gustu szczerość i prostota tego materiału, czyli cechy, które stanowią przecież (a przynajmniej stanowiły u samych źródeł) o sile rocka. Weźmy, dla przykładu, zdecydowanie najlepszy numer na płycie, czyli otwierającego całość „Pielgrzyma”. Piosenka zaczyna się zjawiskowym i szybko wpadającym w ucho riffem, do którego szybko dołącza perkusja i lekko „zamazany” głos Muńka. De facto w kawałku tym znaleźć można niewiele więcej – ale to naprawdę dobrze. Artyści ewidentnie szanują swoich słuchaczy i wierzą, że ci są w stanie wytrzymać kilka minut bez żadnej chaotycznej sieczki. Zamiast tego mamy refleksyjną opowieść w rockowo-bluesowych klimatach.
Ukłonem w stronę rockowej prostoty lat 50. i 60. jest również sposób, w jaki album ten został „złożony”. W jego skład weszło 12/13 (wersja winylowa/podstawowa CD) utworów, których czas trwania nie męczy, a zostawia z uczuciem lekkiego niedosytu, którego zniwelowanie jest wielką przyjemnością. Również umiejscowienie samych piosenek jest, w moim przekonaniu, znakomite: całość otwiera typowy przebój, po którym otrzymujemy kilka różnych typów utworów; jest więc i ballada, i kawałek biesiadny, i kilka innych dobroci. Odmiennych od siebie, ale i bardzo podobnych, zanurzonych w tym samym sosie.
Przyznam się szczerze, że na „T.Love” nie czekałem z wypiekami na twarzy. Oczywiście zdawałem sobie sprawę z faktu, że krążek ten wychodzi, zaplanowałem nawet zapoznanie się z nim (choć w niesprecyzowanej przyszłości). Na szczęście mogłem wziąć udział w premierze na Audio Video Show, gdzie szybko zdałem sobie sprawę ze skali błędu, który bym popełnił. Wy go nie popełniajcie. I szybko odpalcie sobie najnowszy album studyjny „T.Love”. Niby stare dziady, a tak dobrze nie grali od lat!
[…]

Film: "Pasażerowie"

Reżyser: Morten Tyldum
Wiek: 15+

pasazerowieJim – mechanik i Aurora – pisarka to jedni z wielu pasażerów kosmicznego statku, którzy udają się na nową planetę, celem jej zasiedlenia. Ponieważ podróż ma trwać długo, a nawet bardzo długo, wszyscy, łącznie z załogą statku, zostali poddani hibernacji. Jednak Jim, z bliżej nieznanego powodu, budzi się 90 lat za wcześnie. Jest sam, nie licząc barmana – androida, na ogromnym statku mknącym wśród mgławicy gwiazd ku ziemi obiecanej. Jego towarzyszką, wbrew swojej woli, staje się Aurora. W pewnym sensie bohaterowie przypominają biblijnych pierwszych rodziców czyli Adama i Ewę. To oni, ratując statek przed katastrofą, tym samym umożliwiają dotarcie pozostałych pasażerów na nową planetę i rozpoczęcie tam nowego życia. Jim i Aurora stają się sobie bliscy, chociaż w pewnym momencie dochodzi pomiędzy nimi do konfliktu. Na statku starają się wieść zwyczajne życie, takie jakie wcześniej było ich udziałem na Ziemi i za którym tęsknią. Tańczą, grają w koszykówkę, Aurora uprawia jogging, elegancko się ubiera. I dużo ze sobą rozmawiają. Ponadto dziewczyna z racji swojego zawodu prowadzi dziennik pokładowy dla potomnych.
W filmie nie brakuje elementów dramatycznych, jak chociażby odlatujący w kosmiczną dal Jim czy humorystycznych, czego przykładem mogą być sceny, w których bohater na statku naszpikowanym najnowocześniejszą elektroniką otwiera drzwi używając…łomu czy siekiery.
Atutem filmu na pewno jest spójna, wartka i bez zbędnych dłużyzn akcja.