Recenzje – marzec
MAJ 2024
Książka: "Diupa" Cykl" Miętowa (tom 2)

Ewa Nowak
Wydawnictwo: Egmont Polska, Warszawa
WIEK: 14+

diupaRybaccy mieszkają w jednym z bloków na Bródnie w Warszawie. Ojciec, Waldek, choruje na serce, ale nie chce swoimi dolegliwościami obciążać bliskich, toteż z pełnym zaangażowaniem zajmuje się domem. Mama, Wanda, jest nauczycielką chemii i przy okazji odkrywa u siebie talent pisarski, z czego korzysta i zaczyna współpracować z pismem dla nastolatków. Wiktor to nieśmiały i trochę zagubiony osiemnastolatek. Właśnie dowiaduje się, że z powodu swojego wzrostu nie może już uprawiać akrobatyki sportowej. Los jednak uśmiechnie się do niego i postawi na jego drodze Damrokę. Wiktoria, młodsza siostra Wiktora, zwana też nie wiadomo dlaczego Pysiakowską jest licealistką i musi poradzić sobie z burzą młodzieńczych emocji oraz dokonać wyborów w sferze uczuć. Rodzinę Rybackich uzupełniają Sobczakowie, czyli Krystyna, siostra Wandy, jej mąż i ich syn Krzyś, rezolutny siedmiolatek. Dobrym duchem rodzin jest mama Wandy i Krystyny, która do tej pory jest panną na wydaniu. No i wreszcie jest papuga, która pewnego razu nieoczekiwanie pojawiła się w bródnowskim mieszkaniu. Kolorowe ptaszysko skradło serca Rybackich i niezmiennie ich intrygowało słowem „diupa”. Wyraz ten zawsze pojawiał się wtedy, kiedy trzeba było rozładować rodzinną atmosferę. Młodzi Rybbacy i Krzyś Sobczak to istoty wrażliwe na sprawy innych. Nie potrafią przejść obojętnie wobec tych, którzy mają się źle. I choć czasami ich zachowanie może wydawać się śmieszne, a postępowanie nieudolne, to kiedy czyta się o ich perypetiach, to robi się ciepło na sercu.
Warto przeczytać tę książkę, która mówi o miłości, przyjaźni, altruizmie. Daje również nadzieję, że na naszej drodze też mogą nieoczekiwanie pojawić się Rybaccy i Sobczakowie.

Książka: "Słowik"

Kristin Hannah
Przekład Barbara Górecka
Wydawnictwo: Świat Książki
Wiek: 17+

slowikPrzez literaturę przetaczają się mody. Pewne gatunki są na topie, inne zaś w odwrocie. I tak więc półki w księgarniach uginają się pod ciężarem powieści kryminalnych i detektywistycznych , odbiorcami których są zarówno dorośli jak i młodzież. Od jakiegoś czasu popularnością cieszą się też książki opisujące wydarzenia II wojny światowej.
Takim utworem jest “Słowik” Kristin Hannah. Wydarzenia rozgrywają się na dwóch wzajemnie przeplatających się płaszczyznach czasowych. Są to lata wojny we Francji (a nawet wcześniej, bo ich początek to sierpień 1939 roku) i rok 1995. Głównymi bohaterkami są dwie siostry: Vianne i Isabelle. Poza pokrewieństwem różni je prawie wszystko: wiek, okoliczności, w jakich przyszło im dorastać, doświadczenia, temperament. Starsza Vianne ma męża i córkę, z którymi mieszka w uroczym domu na obrzeżach miasteczka. Młodsza Isabelle ze względu na swój nieokiełznany charakter nie może ukończyć żadnej szkoły. Siostry mają też ojca, który w Paryżu prowadzi antykwariat i z jakichś bliżej nieokreślonych i nieuzasadnionych powodów nie chciał opiekować się córkami po śmierci żony.
Powieść zbudowana jest z licznych wątków ukazujących II wojnę światową we Francji. Mamy tu prawie wszystko. Mąż Vianne opuścił rodzinę, aby walczyć za ojczyznę i znalazł się w obozie jenieckim. Vianne z powodu swojej postawy i poglądów straciła pracę jako nauczycielka i ciężko było jej utrzymać siebie i córkę. Mamy dobrego i złego nazistę. Zresztą ten drugi odciśnie piętno na dalszym życiu bohaterki. Są ukazani działacze ruchu oporu. Mamy opowieść o losach Isabelle w obozie koncentracyjnym. Jest też ratowanie żydowskich dzieci. A ponadto bombardowania, głód, kolaboranci, no i wreszcie miłość, poświęcenie.
Tak naprawdę wyglądały tamte lata i życie ludzi w czasach wojny. Jednak te wątki potraktowane są bardzo powierzchownie, bez głębszej analizy, toteż wywołują wrażenie przypadkowości. Widać, że zamierzeniem autorki było oddanie wszechstronnego obrazu tamtych dni, ale powieść licząca niewiele ponad 500 stron nie sprzyja kreowaniu panoramiczności. Ta ogólnikowość jest niekiedy bardzo rażąca i momentami infantylizuje opisywane zdarzenia czy przeżycia bohaterów. Powierzchowność opisów emocji postaci nie pozwala czytelnikowi na ich współodczuwanie z bohaterami.
Zaletą książki niewątpliwie jest to, że została sprawnie napisana. Szybko ją się czyta. Dla wprawnego czytelnika wystarczą dwa góra trzy wieczory.

Płyta: " Return to Ommadawn"

Wykonawca: Mike Oldfield
Wytwórnia: Virgin EMI Records
Data wydania: 20.01.2017
Gatunek: Rock
Czas trwania: 42:07
Autor recenzji: Bartosz Pacuła www.musictothepeople.pl

return-to-ommadawn“Tubular Bells”, “Hergest Ridge” oraz “Ommadawn”: te trzy albumy, wydane na przestrzeni lat 1973-1975, w zasadzie definiują całą twórczość Mike’a Oldfielda. To właśnie one uważane są przez wielu melomanów za jego najlepsze dzieła, do których w następnych dekadach próbował – z lepszym bądź gorszym skutkiem – nawiązać. Oczywiście daleki jestem od stwierdzenia, że Mike Oldfield skończył się na “Ommadawn”, trudno jednak nie zgodzić się z tymi, którzy właśnie w tej trójcy upatrują szczytów geniuszu Oldfielda.
Tym bardziej, że jego kariera pełna jest wzlotów i upadków. Do tych pierwszych zaliczyć należy występ podczas ceremonii otwarcia Igrzysk Olimpijskich w Londynie w 2012 roku […] czy naprawdę niezłe albumy o bardziej popowym charakterze z lat 80. (mam tutaj na myśli “Five Miles Out”, “Crises” oraz “Discovery”), do tych drugich: nieustanne molestowanie swojego “opus magnum” (tak, patrzę tutaj w kierunku drugiej i trzeciej części “Tubular Bells”) czy fatalny krążek “Man on the Rocks” z 2014 roku. To właśnie temu ostatniemu dziełu zawdzięczam prawie trzyletnią apatię dotyczącą współczesnej działalności Brytyjczyka. Dlatego też wieść o wydaniu krążka “Return to Ommadawn” nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia, prowokując jedynie myśl, że oto po raz kolejny Oldfield odgrzeje nam starego kotleta.
Co zabawne, tak się dokładnie stało, a ja tym wszystkim jestem zachwycony. Na “Return…” nie uświadczymy w zasadzie niczego nowego. To Oldfield w najbardziej klasycznym ze swoich wszystkich wydań. Nie ma na jego najnowszym albumie niczego, czego wcześniej byśmy nie słyszeli. A jednak, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn, przez kilka dni nie potrafiłem od krążka się oderwać. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że stary wujek Mike karmi mnie po raz kolejny tym samym, ale zupełnie mnie to nie obchodziło. Być może było to spowodowane faktem, że po naprawdę miernym “Man on the Rocks” miałem niewielkie oczekiwania. A może człowiek lubi od czasu do czasu uraczyć się czymś znanym, okrytym jednak nowymi ciuchami?
W skład “Return to Ommadawn” wchodzą dwie kompozycje (“Return to Ommadawn” (“Part One”) oraz “Return to Ommadawn” (“Part Two”), które na winylu zajmują dokładnie po jednej stronie. Są to długie, ponad 20-minutowe instrumentalne suity, które nawiązują do największych osiągnięć Oldfielda w tej dziedzinie. Stanowią więc swojego rodzaju „baśń”, która rozwija się z upływem czasu, prezentuje coraz więcej „wątków” i prowadzi słuchacza do szczęśliwego zakończenia. Warto zaznaczyć, iż Oldfield swoją opowieść snuje umiejętnie; z gracją, ale i z polotem. I – przede wszystkim – niezwykle konsekwentnie. Na pochwałę zasługuje również klimat całości. Pełno tu magii i swojego rodzaju dziecięcej naiwności. Wszystko to zostało nam zaserwowane z głową i wyczuciem, dzięki czemu nikt nie powinien narzekać na zbytnią infantylność.
Wydanie dwukrotnie już przywoływanej w tym tekście płyty “Man on the Rocks” spowodowało także, że zupełnie inaczej podszedłem do kwestii jakości dźwięku na najnowszym wydawnictwie Oldfielda. Ta, sama z siebie, pozostawia sporo do życzenia. Przede wszystkim zabrakło mi tutaj pomysłu na ciekawe zaprezentowanie sceny dźwiękowej, dość płaskiej i przez to nudnej. Po raz kolejny nie mogłem również cieszyć się zbyt wielką liczbą informacji na dole i górze pasma, które jest na “Return…” wyraźnie okrojone. A jednak w porównaniu do “Man…” Oldfield poczynił wielki krok naprzód. Dźwięk nareszcie nie „huczy”, nie jest też tak karykaturalnie ostry i nieprzyjemny, zamieniając te niepożądane cechy na większe nasycenie i lekkie ocieplenie brzmienia.
Najbardziej w dorobku Mike’a Oldfielda cenię sobie dwa okresy jego kariery: ten pierwszy, gdy bez żadnego wysiłku komponował długie, przemyślane utwory o epickim charakterze oraz ten z pierwszej połowy lat 80., gdy 20-minutowe suity zamienił na chwytliwe przeboje popowe. Teraz do swoich faworytów mogę zaliczyć kolejny krążek Brytyjczyka. Wiem doskonale, że “Return to Ommadawn” nie wnosi do świata muzyki nic nowego. Ale żeby każdy album leciwej gwiazdy rocka miał w sobie tyle energii i sprawiał tyle czystej, niczym nieskrępowanej frajdy!